Mamuna, czyli prawdziwa Drama Queen.

Pojawienie się Mamuny to było prawdziwe wejście smoka.

Miaucząc w niebogłosy, jakby ogłaszała całemu światu „uwaga, wszystkie reflektory na mnie”, wkroczyła na nasze podwórko i na jego środku zaczęła rodzić. Nie żartuję. Byłam świadkiem tego widowiska. Stałam z rozdziawioną buzią, a obok mnie rozdziawiały pyszczki równie zszokowane Burek, Burkówna, Rudy i Nietoperzyk. Jedynie Trusia przeszła obok tej dramy ze stoicką obojętnością.

Wydawało mi się, że w temacie kotów niewiele może mnie zaskoczyć. Jednak w tamtym momencie poczułam się tak, jakbym grała w jakąś grę, gdzie testowane są coraz bardziej zaawansowane kocie umiejętności. No bo pojawia się taka Mamuna i zaczyna się rozmnażać. Co robić?

Gdy na świecie zaczął pojawiać się pierwszy kotek, wpisałam szybko w googlach „jak duży może być koci miot” i wyświetliła mi się informacja o następującej treści:

Najliczniejszy koci miot przyszedł na świat w 1970 roku w Wielkiej Brytanii. Syjamska kotka z Church Westcote urodziła 19 kociąt.

Natychmiast pożałowałam tej wiedzy. Niewielkim pocieszeniem były też liczby „przeciętnych” miotów czyli 7, 8, 9. Wiem, że czytanie o tym w telefonie było głupie. Wystarczyło patrzeć i liczyć. I zaklinać rzeczywistość. „Nie chcemy tu żadnych rekordów”.

Kocia mama okazała się łaskawa. Poprzestała na trzech kociętach. Dwa bure, jeden w biało-czarne łaty przyszły na świat 22 maja 2023 roku.

Dzień urodzin.

Gdy częściowo minął mi szok, postawiłam przy porodówce wyścielone pudełko. Mamuna od razu przeniosła kociaki do środka i zajęła się ich karmieniem, choć sama była chuda jak szczapa. Trzeba było jak najszybciej rozpocząć dokarmianie karmiącej. Była to poniekąd inwestycja – żeby maluchy były jak najzdrowsze. To zwiększało szansę na znalezienie im domów.

Co do Mamuny nie miałam złudzeń. Nie spodziewałam się lasu chętnych rąk do przygarnięcia dorosłej, głośnej, żyjącej dziko (a więc nie ogarniającej kuwety) i postrzelonej kotki, z nie wiadomo jaką historią i stanem zdrowia.

Wiem, że nawet najmarniejszy kot jest arcydziełem, jak pięknie powiedział Leonardo da Vinci, i w naszym stadzie nie brakuje mało urodziwych kotów. Jednak Mamuna postanowiła i na tym polu się wyróżnić. Jej nos wygląda tak, jakby… Jakby występowała w cyrku. Ma nos klauna. Nie jest to wynik choroby ani na przykład ukąszenia osy. Tak ma i już.

Potomstwo szczęśliwie nie odziedziczyło tej cechy po mamusi. Kotki, dziewczynka i dwaj chłopcy, wyglądały z każdym dniem coraz ładniej.

14 lipca 2023 roku.

Przy okazji historii z Mamuną doświadczyłam w internecie hejtu (na niedużą skalę, ale jednak). Pod zdjęciem z małymi kociętami na Fb zleciały się panie zawodowo pomagające zwierzętom (tak się przedstawiły), chociaż uważam, że zawodowo to one zajmowały się hejtem i wymądrzaniem. Ze dwie założyły na szybko dodatkowe konta, żeby pokazać mi, że jest znacznie więcej osób, które myślą tak jak one, wylewając na mnie swoje nienawistne pomyje. „Jakie to nieodpowiedzialne!” „Ślepy miot należy uśpić!” „Masz wysterylizować tę kotkę!” „Przyczyniasz się do wzrostu bezdomności zwierząt!” „Znajdując domy tym małym kotom (ślepy miot należy uśpić!!!) zabierasz szansę kotom ze schroniska na znalezienie domów”.

No cóż. Mam nadzieję, że nigdy nie będę myślała o małych kociętach „ślepy miot”. Pomagam za własne pieniądze, według swoich zasad. A „argument”, że ktoś wziąłby kota ze schroniska zamiast zdrowego młodego kociaka bez żadnych traum, uważam za głupiutki. Nie zapraszam do dyskusji.

Mamuna w sierpniu 2023 roku.

Dwa słowa o imieniu Mamuny. Według słowiańskiej mitologii Mamuna była demonem, który porywał niemowlęta i podmieniał je na swoje dzieci, zwykle głupsze i brzydsze. Mamuna miała postać starej, chudej, szkaradnej kobiety owiniętej białą płachtą. Jednak dla mnie Mamuna to postać z komiksu o Kajku i Kokoszu Janusza Christy „W krainie borostworów” i tak ją sobie zawsze wyobrażam. Połączenie kobiety ni to z małpą, ni niedźwiedziem, włochatą, brzuchatą, bardzo nieurodziwą, budzącą strach wśród mieszkańców puszczy. Jako matka ponosiła całkowite fiasko wychowawcze, nawet czarami nie potrafiła uspokoić swojego rozwydrzonego synalka. Do tej pory rozśmiesza mnie to do łez.

Naszą Mamunę nazwaliśmy tak nie ze względu na mitologiczne konotacje a podkreślenie faktu, że w stadzie pojawiła się matka. I to (w przeciwieństwie do słowiańskich demonów) niezwykle oddana. Karmiła, dbała, niańczyła. Ja robiłam to samo, plus nauczyłam je korzystać z kuwety. Po odpowiednim czasie całe towarzystwo zostało odrobaczone, przebadane i zaszczepione.

Kociaki u nas żyły jak pączki w maśle a ich docelowe domy to po prostu rewelacja. Jeden kocurek, Benio, mieszka teraz w Rzeszowie i jest domowo-wychodzący. Natomiast kotka Renia i biało-czarny Gienio mieszkają razem w Warszawie, i mają cudownego starszego rudego brata, kocura Henia.

Od lewej Renia, Gienio i Benio. Mają tu 6 tygodni.

Nie ukrywam, że z bolącym sercem zawoziliśmy te rozbrykane, zdrowiutkie, śliczne i szczęśliwe kociaki do nowych domów. A u nas została ich wątpliwej urody, nielubiana w stadzie i głośna matka.

Od pojawienia się Mamuny minął dobry rok. Domowe koty jakoś ją przełknęły, ale nie pałają do niej przesadną miłością. Najbardziej lubi ją Rudy, Burkówna jest zazdrosna o wpychanie się Mamuny na kolana, Trusia traktuje z królewską obojętnością, Burek nienawidzi jak psa a Nietoperzyk chyba się w Mamunie zakochał, bo trochę jej dokucza a trochę mruczy w jej kierunku.

Mamuna jest bardzo szybka, wdrapuje się na drzewa jak wiewiórka, jest świetnym myśliwym. Okoliczne gryzonie przeklinają dzień, w którym się u nas pojawiła. Teraz, gdy nabrała trochę ciała, jej nos tak bardzo nie rzuca się w oczy. Gdyby tylko nie była taka hałaśliwa i postrzelona… Ech. Widać taka nasza karma, życie z procesją szurniętych kotów.

Sierpień 2024 roku.