Regina Brett „Jesteś cudem”

Nie stosuj wobec siebie innej miary. Musisz traktować siebie tak samo dobrze jak wszystkich innych”.

„Jesteś cudem. 50 lekcji jak uczynić niemożliwe możliwym” Reginy Brett to mój bożonarodzeniowy prezent z zeszłego roku. Książka została podzielona na 50 niedługich rozdziałów. Każdy opowiada historię czy to z życia samej Reginy, czy ludzi, których poznała pracując jako dziennikarka. Te historie zazwyczaj nie kończą się happy endem. Dużo w nich chorób i śmierci. Ale mimo tego są budujące. Wiele z nich kojarzyło mi się z opowieścią wigilijną. Mówią o bezinteresowności, o ludziach, którym chce się robić dobre rzeczy dla innych.

Wcześniej czytałam już „Kochaj” tej autorki. Regina Brett do znudzenia powtarza, że można czerpać radość ze wszystkiego, że warto uśmiechać się mimo przeciwności, trzeba mierzyć wysoko, nie należy się bać. Brzmi banalnie? Oczywiście. Wszyscy o tym wiedzą. Ale wiedzieć, a stosować te banały w praktyce, to dwie zupełnie inne bajki. Poza tym, często to właśnie te najprostsze rzeczy pomagają trzymać pion w czasie największych zawirowań.

Nie wierz we wszystko, co sobie pomyślisz”.

Książki Reginy Brett mają różne opinie, nie brakuje tych bardzo krytycznych. Skoro każdy może tu znaleźć coś dla siebie, to tak naprawdę są to książki dla nikogo. Niby motywacyjne, ale te lekcje strasznie zwyczajne, niektóre infantylne i bardzo na siłę. Autorka twierdzi, że jest katoliczką, ale wywody na temat Boga są niepogłębione i widać braki w rozumieniu Biblii. I tak dalej, i tym podobnie.

Krytycy nie mogą natomiast napisać „cóż ty kobieto możesz wiedzieć o życiu?”. Regina Brett miała dziesięcioro rodzeństwa, ojciec wychowywał ich pasem, matka nie była wsparciem i nie okazywała dzieciom uczuć. Regina dwukrotnie została zgwałcona. Liceum kończyła jako alkoholiczka. Była samotną matką, pakowała się w niezdrowe relacje. A gdy wyszła na prostą i znalazła miłość swojego życia, zachorowała na nowotwór. „W walce z rakiem straciłam siły, włosy i piersi, ale zyskałam większą wolę życia niż kiedykolwiek”, pisze we wstępie do „Kochaj”.

Jeżeli osoba z takim bagażem doświadczeń namawia ludzi do znajdowania radości w błahostkach, to ja bym z tego nie robiła zarzutów. To idealna książka dla tych, którzy mają tendencję do powtarzania, że się nie opłaca, że nie warto, że za późno, że nie ma sensu. To również dobra lektura do tak zwanego podczytywania. Można przeczytać rozdział lub dwa, odłożyć, za jakiś czas przeczytać kolejny. I natknąć się na takie perełki jak mowa pożegnalna, którą wygłosiła dziewięciolatka na pogrzebie:

Babcia malowała się szminką i jeździła z opuszczonym dachem”.

Polecam (3)